Outro - wychodzimy poza schemat

To był rok, który zmienił dosłownie wszystko. Nie było dziedziny życia, która w 2020 roku nie uległaby przemianom za sprawą pandemii COVID-19. Wciąż pozostajemy pełni lęku i niepewności o przyszłość. Czy jednak ta sytuacja może ostatecznie zaowocować czymkolwiek dobrym i pozytywnym?

W miarę postępu bieżącego roku, mamy coraz więcej dystansu do pamiętnego 2020. Siłą rzeczy ówczesne wydarzenia zyskują więc charakter faktów historycznych – możemy też (z nieukrywanym smutkiem) ogłosić, że minął już okrągły rok od początku pandemii COVID-19.

Przez ten czas zdarzyło się tak wiele, że kilkusetstronicowa książka mogłaby okazać się niewystarczająca, aby zawrzeć wszystkie najważniejsze fakty zarówno z Polski, jak i z zagranicy. Nie ulega wątpliwości, że ta pandemia jest wielkim problemem dosłownie całego świata. Cały glob boryka się z ogromnym wyzwaniem, jakie postawił przed nami wykryty po raz pierwszy w Chinach, u schyłku 2019 roku, wirus.

Rok 1984 w 2020

W ciągu minionego roku na dobre do języka codzienności weszły nieużywane, a nierzadko wręcz nieznane wcześniej pojęcia: maseczki, przyłbice, dystans społeczny, obostrzenia, lockdown, kwarantanna, samoizolacja czy ozdrowieniec. Nowinki językowe szły w parze z zupełnie nową rzeczywistością. Szczególnie dotkliwa okazała się ona dla otwartej, sławiącej wolność cywilizacji Zachodu. Z dnia na dzień musieliśmy zawiesić swoje pasje, realizację marzeń, w znacznej części zrezygnować z podróży i większości aktywności. Nową społeczną wartością stała się realizacja hasła „zostań w domu” – tak sprzeczna z mentalnością znacznej części z nas.

W najskrajniejszym momencie epidemii – wiosną ubiegłego roku – żyliśmy w sytuacji wyjętej żywcem z filmowej dystopii. Realnością każdego z nas stał się zakaz opuszczania domu poza najważniejszymi czynnościami życiowymi, a w razie gdy musieliśmy ów dom opuścić, pojawiał się obowiązek zakrywania ust i nosa. Na ulicy musieliśmy zachować dystans od wszystkich przechodniów – w tym idących z nami członków rodziny (!). Pomimo ciepłych wiosennych dni można było zapomnieć o spędzaniu czasu w parku, lesie czy na plaży – wstęp do tych miejsc był zabroniony. W miastach wejść do parków strzegła policja (!). Natomiast osoby, które odważyły się złamać zakaz i np. na dziko urządziły sobie piknik nad rzeką, ukazywane były jako przykład oburzającej postawy społecznej.

Do tego wszystkiego narastał powszechny strach przed nieznaną chorobą – nikt w końcu nie wiedział, z czym tak naprawdę mamy do czynienia. Czy to nowa dżuma, która zdziesiątkuje pół Europy? A może po prostu odmiana zwykłej grypy? Codziennie pojawiały się informacje o nowych zakażonych, a także zmarłych. Z czasem odezwały się głosy oburzenia względem wprowadzonych przez rząd obostrzeń – wiele osób widziało w nich formę zniewolenia społecznego, zabójstwo dla gospodarki i wreszcie przesadzoną reakcję wobec wirusa, który szkodzi tylko nielicznym. Nieodzownie, jak to w takich sytuacjach bywa, pojawiły się również liczne teorie spiskowe doszukujące się w pandemii celowego działania nieznanych (bądź znanych) sił, a także podważające sam fakt istnienia wirusa SARS-CoV-2.

Jako naród nie stanęliśmy wobec równie trudnego okresu w naszej historii od bardzo dawna. Niektórzy wskazują jako ostatnie podobne zdarzenie stan wojenny, ale wielu badaczy twierdzi wręcz, że obecny kryzys jest największym od zakończenia II wojny światowej. Z pewnością na takie oceny przyjdzie czas, gdy okres epidemii (daj Bóg jak najszybciej) dobiegnie końca, a my będziemy znali faktyczną skalę statystyczną tego zjawiska. Nie ulega jednak wątpliwości, że pod względem mentalnym obecna sytuacja była i jest dla nas wszystkich ogromnym wyzwaniem – wyzwaniem, na które w hedonistycznym, dynamicznym XXI-wiecznym społeczeństwie nie byliśmy gotowi.

Świat w maseczce

Analizując rok pandemii, warto się skupić na aspekcie ponadnarodowym i uniwersalnym obecnej sytuacji. Jak już wspomniałem, nie ulega żadnej wątpliwości, że nowy koronawirus i związane z nim obostrzenia społeczne dotknęły całą ludzkość, poza nielicznymi wyjątkami (z Koreą Północną na czele, gdzie wirus mógł rzeczywiście nie dotrzeć dzięki totalitarnej izolacji tego państwa, bądź też jego obecność nie jest ujawniana przez władze). Nie ma chyba cywilizowanego miejsca na naszej planecie, gdzie nie słyszano by złowrogiego pojęcia „COVID-19”.

Można na to patrzeć jako smutny, przygnębiający fakt pogrążenia się całego świata w odmętach złowrogiego biologicznego zagrożenia. Ja jednak chciałbym – paradoksalnie – spojrzeć na to jako na… szansę. Tak, szansę! Choć brzmi to absurdalnie, obecność koronawirusa na całym globie jest swego rodzaju dziejową szansą. Nie od dziś wiadomo przecież, że na tym świecie nierzadko z rzeczy złych rodzą się te dobre. Często musi dojść do zła, aby gdzieś narodziło się jakieś nowe dobro, nowa szansa czy nowa perspektywa.

Tak może być i w tej sytuacji. Należy zauważyć, że wspólnota przeżywania tego mrocznego czasu pandemii jest dla całej ludzkości wydarzeniem bez precedensu nie tylko pod względem wszechobecności zagrożenia. Oto bowiem po raz pierwszy w dziejach globu ma miejsce społeczne zjawisko, które jednocześnie dotyka ogół rodzaju ludzkiego.

Do tej pory z taką sytuacją nie mieliśmy do czynienia – nawet obydwie wojny światowe nie były udziałem całej populacji Ziemi. Dość przypomnieć, że na znaczną część obszaru Afryki, Ameryk i Azji nigdy nie dotarły np. działania wojenne II wojny światowej. Z kolei niektóre poprzednie pandemie rzeczywiście dotykały przeważających części globu (np. hiszpanka sprzed stu lat), ale toczyły się w dobie nikłego poziomu rozwoju komunikacyjnego – mass media albo jeszcze nie istniały, albo były w fazie prymitywnej swego rozwoju. Świadomość współprzeżywania jednego doświadczenia przez ludzkość była więc wówczas znikoma.

Samochodem ku lepszej przyszłości

Obecnie gwałtowny rozwój technologii, a w tym rozwój komunikacji międzynarodowej i międzykontynentalnej, spowodował, że koronawirus mógł tak szybko roznieść się po świecie i zapanować we wszystkich zakątkach globu. Oba te zjawiska – pandemia i postęp technologiczny – są więc ze sobą ściśle związane. I choć na razie to połączenie przyniosło nam zło, to jest szansa, że obecna sytuacja będzie zaczątkiem czegoś naprawdę dobrego.

Uważam, że stoimy przed wielką szansą na wytworzenie świadomości i tożsamości globalnej. Najwyższa bowiem pora, aby ludzie zrozumieli, że stanowią jedność, jedną wspólnotę, która zamieszkuje wspólnie jedną – wbrew pozorom nie tak wcale dużą – planetę. Takiej tożsamości współczesnym ludziom brakuje. Oczywiście każdy zdaje sobie sprawę ze współistnienia w jednej rodzinie biologicznej z innymi mieszkańcami Ziemi, jednak wydaje się to wyłącznie banalna refleksja, za którą nie idą żadne konkretne emocje ani poczucie wspólnoty.

Liczę, że wspólnota osiągnięć technologicznych i wspólnota doświadczeń zadziała jak katalizator i pomoże wykształtować wspólną dla całego rodzaju ludzkiego tożsamość i świadomość.

Dotychczas taka tożsamość nie była możliwa do osiągnięcia – wpierw dzielił nas brak wiedzy i brak świadomości, że w ogóle jacyś inni ludzie istnieją. Później, gdy wiedzę tę zdobyliśmy, istniała przeszkoda terytorialna – nie było środków komunikacji, które pozwoliłyby nam poznać ludzi z najdalszych zakątków świata. Wreszcie, gdy stosowna technologia pojawiła się, górę wzięły bolesne uprzedzenia (które niestety są nierozerwalną, ciemną stroną człowieczeństwa) – ksenofobia, szowinizm, nacjonalizm czy rasizm.

Poza tym brakowało wspólnego mianownika – z innymi ludźmi dzieliło nas przecież pozornie wszystko: wygląd, miejsce zamieszkania, język, kultura, krąg cywilizacyjny, obyczaje, tradycje, wyznanie czy ideologia. Jakiś czas temu zaczęło się to jednak zmieniać – operujemy tymi samymi narzędziami (samochody, telefony, komputery, samoloty itd.), teraz doszło pierwsze wspólne doświadczenie historyczne. Na tym gruncie może zacząć rodzić się wspólnota.

Zjednoczeni pod znakiem różnicy

Żeby być dobrze zrozumianym – nie chcę namawiać do ujednolicenia całej ludzkości i życia pod jeden wzorzec. Jak najdalej mi od tego. Chcę tylko, aby ludzie uświadomili sobie drzemiący w nas wszystkich pierwiastek jedności – aby znaleźli jedność wśród różnorodności. Aby zrozumieli, że pomimo wszelkich różnic (które przecież są na swój sposób piękne i świadczą o urokliwej wielobarwności tego świata) jesteśmy wszyscy uczestnikami tego samego procesu życiowego, tej samej rzeczywistości. Mamy takie same umysły, odruchy, uczucia, targają nami te same emocje i w istocie rzeczy mamy identyczne problemy, troski i ambicje.

To, o czym mówię, nie stanie się z dnia na dzień – to długi i mozolny proces, pełen cofnięć z drogi i zbłądzeń. Nie mam co do tego złudzeń. Jednak w bardzo dalekiej perspektywie jest nadzieja, że to zło, które obserwujemy obecnie, ma szansę przekuć się w coś pozytywnego, w arcyważne zadanie, którego musi się podjąć ludzkość. To niezbędne, abyśmy sprostali wielkim wyzwaniom, które nas czekają: trosce o klimat Ziemi (który coraz bardziej daje nam znać, że dotychczasowe podejście ludzi jest dla niego mordercze), a także chociażby eksploracji Kosmosu. Bo kto wie, kogo tam spotkamy? Chyba lepiej byśmy wystąpili wówczas jako jedna – choć różnorodna – wspólnota ludzka.

Kamil Durajczyk

 

Rok pandemii

23 marca 2021

Strona główna

Wróć do artykułów