Outro - wychodzimy poza schemat

Czerwone Gitary zasłynęły niegdyś przebojem Dozwolone od lat 18 – jak podaje polskie prawo, od tego też wieku kobiety i mężczyźni mogą zawierać małżeństwa i zakładać rodziny. Mało kto jednak współcześnie podejmuje tego typu decyzje na tyle wcześnie. Skąd ta zmiana?

Jak łatwo się domyślić, czynniki sprzyjające zmierzającym w tym kierunku przemianom społecznym można mnożyć. Z jednej strony może to świadczyć o zwiększonym poczuciu odpowiedzialności za więzi familijne oraz potomstwo, które w zbyt młodym wieku mogą okazać się kruche. Z drugiej strony zaś opóźnianie decyzji o założeniu rodziny nieraz podyktowane jest względami natury edukacyjnej czy zawodowej – to w pewnym sensie nowa odmiana pragmatyki – tak jak w poprzednich pokoleniach wyrazem praktycznego podejścia do życia, szczególnie w przypadku kobiet, było wczesne zamążpójście, tak dziś niejednokrotnie dzieje się dokładnie na odwrót. Przejdźmy jednak do konkretów.

 

Odrobina liczb

 

Warto zacząć od kilku słów na temat statystyki, która dosyć jednoznacznie sugeruje, jakie kierunki zmian utrwaliły się w przeciągu ostatnich kilkunastu lat. Główny Urząd Statystyczny ostatni swój całościowy raport poświęcony małżeństwom oraz dzietności opublikował w 2016 roku, w związku z tym część danych z niego zostanie uzupełniona i uaktualniona o informacje opublikowane w jednej z najnowszych analiz instytucji – „Sytuacja społeczno-gospodarcza kraju w 2020 roku”.

Liczba zawieranych związków małżeńskich fluktuuje na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat, przyjmując najwyższe wartości co kilka lat, przy czym czas mijający między kolejnymi szczytami krzywej zmian regularnie się skraca. Tuż po przemianach politycznych 1989 roku liczba sformalizowanych związków, które odnotowano w ciągu roku, wyniosła ponad ćwierć miliona po to, aby spadać do minimalnego poziomu w latach 2002 i 2004. Następnie miało miejsce odbicie, które w 2008 roku poskutkowało uzyskaniem wyniku analogicznego do tego odnotowanego w 1990 roku.

Najmniejszą w całej historii III Rzeczpospolitej liczbę związków sakramentalnych odnotowano w 2013 roku, gdy na sformalizowanie relacji zdecydowało się 180 tys. par. W kolejnych latach ponownie nastąpiła „małżeńska hossa”, choć jej skala była dużo mniejsza – nie przekroczyła 200 tys. młodych par w ciągu roku kalendarzowego. Do dzisiaj ten wynik nie został poprawiony – choć trzeba też mieć na uwadze, że dane za 2020 i 2021 rok mogą być w dużej mierze niereprezentatywne z uwagi na pandemię koronawirusa.

Wraz ze spadkiem liczby osób decydujących się na powiedzenie sobie „tak” wzrósł udział tych, którzy postanowili zrezygnować z dotrzymywania słów małżeńskiej przysięgi mówiących „i że cię nie opuszczę aż do śmierci”. Na rozwód w 1990 roku zdecydowało się 40 tys. par, w kolejnych latach wskaźnik ten regularnie wzrastał aż do rekordowych ponad 70 tys. w 2006 roku. Do dnia dzisiejszego liczba związków małżeńskich, rozwiązywanych co roku w ten sposób, ustabilizowała się na mniej więcej stałym poziomie ok. 65 tys. Na marginesie można odnotować praktyczny zanik praktyki separacji małżeńskiej, co mogłoby sugerować, że małżonkowie są skłonniejsi do najbardziej radykalnego środka, czyli rozwodu.

 

Bez ślubnej obrączki?

 

Na podstawie przytoczonych danych tendencja spadkowa w kategorii liczby podejmowanych zobowiązań małżeńskich pozostaje bez wątpliwości. Nasuwać się może wiele możliwych wyjaśnień tego faktu. Jednym z pierwszych, jak by się mogło wydawać, najoczywistszych, są przyczyny ekonomiczne – czy jednak na pewno? Warto zauważyć, że rekordowa liczba podjętych zobowiązań małżeńskich została odnotowana w 2008 roku, a więc praktycznie w środku szalejącego kryzysu ekonomicznego. Ponadto to samo badanie, z którego pochodzą powyższe dane, w innym miejscu wskazuje, że dochody przypadające na jednego Polaka regularnie rosną – choć pandemia koronawirusa może wpłynąć na ten stan rzeczy w istotny sposób.

Bardziej prawdopodobna wydaje się niechęć do formalizowania relacji, w które wchodzą współcześnie młodzi ludzie. W dawniejszych czasach małżeństwo, jako typ więzi psychologicznej oraz instytucja społeczna, potwierdzona przez odpowiednie procedury, zdawało się czymś nierozłącznym. Szczegółowy opis kształtowania się relacji między mężem i żoną dawał Carl Gustav Jung na gruncie swojej psychologii indywiduacji. Wskazywał na dwa podstawowe etapy rozwoju, mające miejsce w życiu sformalizowanym poprzez powiedzenie sobie „tak” na ślubnym kobiercu.

W pierwszym z nich dochodzi do odróżnienia między partnerami na „pomieszczającego”, dysponującego w oczach drugiego głębszą i bardziej nieprzeniknioną, a przez to fascynującą psychiką oraz tego, który prowadzi mniej zróżnicowane życie wewnętrzne i wobec tego poszukuje spełnienia w próbie zgłębienia tajników psyche swego współmałżonka. Jak łatwo się domyślić, jeżeli zna się podstawowe twierdzenia omawianego autora, jednym z głównych elementów, jakich poszukuje się w osobie „pomieszczającej”, są różne wcielenia wywodzących się ze zbiorowej nieświadomości archetypów.

W drugiej połowie życia, po utrwaleniu małżeństwa jako więzi i wspólnoty opartej na omówionym schemacie, rozpoczyna się indywiduacja samych partnerów. O ile wcześniej akcent padał na tę osobę z zakochanej w sobie pary, która miała stanowić dla drugiej „skarbnicę wzruszeń”, o tyle teraz ta druga właśnie musi podjąć aktywne działanie. Dążyć w nim powinna do odzyskania swojej autonomii, wzbogaconej o efekty eksploracji duchowości partnera – w języku Junga jest to ponowna konsolidacja ego.

Na pierwszy rzut oka widać, że proces ten niekoniecznie zachodzi bezboleśnie – dla dominującej dotychczas połówki utrata kontroli oraz swoiście pojętej dominacji nad towarzyszem życiowym może okazać się trudna do zaakceptowania. Poszerzenie świadomości osoby dotychczas znajdującej się na pozycji podporządkowanej może natomiast spowodować, że dotychczasowy partner jej nie odpowiada, nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Na rodzące się pytanie, czy w takim razie nie lepiej jest pozostać na pierwszym etapie, odpowiedź jest przecząca – związek, który nie wejdzie w kolejną fazę, również czeka degeneracja.

 

Czy to dotyczy tylko małżeństwa?

 

Jak się zdaje, powyższa wątpliwość, w kontekście schematu Junga, może pojawić się w głowach wielu czytelników. Samemu autorowi trudno się dziwić ze względu na uwarunkowania historyczne – teoria pochodzi sprzed blisko 100 lat, gdy małżeństwo, jako forma współżycia kobiety i mężczyzny, była oczywista jak powietrze, ci zaś, którzy usiłowali się jej sprzeciwiać, skazywani byli zwykle na społeczny ostracyzm. Współcześnie jego propozycja wydaje się w pełni zachowywać aktualność – z tym tylko, że w miejsce słowa „małżeństwo” powinniśmy wszędzie wstawić „związek”.

Mając na uwadze ryzyka, o których pisze słynny psychoanalityk, staje się zrozumiałe, dlaczego zawiązywanie wysoce sformalizowanych prawnie relacji dla wielu osób okazuje się zbędnym balastem, tym bardziej, gdy na skutek liberalizacji światopoglądowej zmalała presja społeczeństwa. W sytuacji, gdy spełni się jeden z negatywnych Jungowskich scenariuszy, dwie połówki tzw. związku partnerskiego mogą rozstać się bez długotrwałej i często bolesnej nie tylko dla samych zainteresowanych, lecz również osób trzecich, rozprawy sądowej, która z pewnością nie sprzyja rozejściu się w zgodzie i zrozumieniu.

Zważmy także na to, że propozycja Junga nie wprowadza zróżnicowania płciowego – każdy partner w związku zająć może pozycję osoby „pomieszczającej”, jak i „pomieszczanej”. Jung, znów z przyczyn historycznych, raczej w implikowany sposób tworzył swoją koncepcję z myślą o relacjach damsko-męskich, niemniej równie dobrze wydaje się ona stosować do par LGBT. Dla nich oficjalny związek małżeński, usankcjonowany przez Urząd Stanu Cywilnego, nie tylko nie przedstawia sobą szczególnej wartości, lecz jest po prostu niemożliwy, ponieważ rozwiązania takiego nie przewiduje konserwatywne w tym zakresie polskie prawo. Tymczasem udział takich relacji w ogólnej strukturze społecznej regularnie wzrasta, a przynajmniej wychodzi z cienia, niewykluczone bowiem, że w przeszłości większość ludzi, mających odmienne niż heteroseksualne preferencje, w ogóle nie deklarowała tego w publicznym ani prywatnym gronie, aby nie narazić się na wykluczenie i naznaczenie symbolicznym tabu.

Na koniec tej części można wreszcie dodać, że sztywny, wymagający dalekosiężnego planowania, obciążony wielką odpowiedzialnością tradycyjny model pożycia małżeńskiego stoi w sprzeczności z przemianami tzw. ponowoczesności, które z socjologicznego punktu widzenia niezwykle trafnie opisał Zygmunt Bauman. Człowiek współczesny stroni od jednoznacznych deklaracji na temat swojej przynależności i tożsamości, unika zobowiązań pociągających za sobą długotrwałe skutki, dąży ku wykreowaniu płynnej tożsamości, która będzie w stanie pomieścić mnogość różnych autookreśleń, dynamicznie zmieniających się w czasie. Status żony bądź męża zdecydowanie ziszczaniu tej wizji nie sprzyja, co dla wielu ludzi stanowi zapewne kolejny argument przeciwko małżeństwu.

 

Od obrączki do kołyski?

 

Trudno jest też pominąć milczeniem zmiany w zakresie dzietności. Regularność, która obserwowana jest już od kilkunastu lat, potwierdzana przez wspominany powyżej najnowszy raport GUS, wskazuje, że aktualnie na 100 kobiet w wieku rozrodczym, szacowanym na 15 – 49 lat, przychodzi na świat ok. 140 dzieci, co świadczy o tzw. depresji urodzinowej (aby jej uniknąć, ostatnia ze wspomnianych liczb powinna wynosić przynajmniej 200).

Szczególnie intensywne przemiany zaszły na wsi – w 1990 współczynnik dzietności wynosił tam ponad 2,5, czyli blisko o 1 więcej niż w środowisku zurbanizowanym. Dzisiaj, przy braku zmian, a nawet niewielkim wzroście liczby dzieci, przychodzących na świat w miastach, drastyczny spadek nastąpił poza aglomeracjami, które wręcz zrównują się z tymi ostatnimi.

Co to oznacza z naszego punktu widzenia? Przede wszystkim słabnącą relację między małżeństwem a posiadaniem dzieci – jak się zdaje, wcześniej posiadanie na palcu złotej obrączki stanowiło warunek konieczny posiadania potomstwa. Dzisiaj jest inaczej – liczba sformalizowanych związków małżeńskich najgwałtowniej maleje w miastach, tymczasem poziom dzietności mimo to delikatnie wzrasta. Pikuje za to w dół na wsiach, choć to właśnie tam obserwuje się dużo większą trwałość tradycyjnej hierarchii i towarzyszących jej instytucji społecznych.

 

Najpierw sukces, potem dzieci

 

Ci, którzy decydują się na posiadanie dzieci czy zawieranie małżeństwa, zgodnie z wynikami badań robią to coraz później. W 1990 roku średni wiek pana i panny młodych wynosił odpowiednio 24 i 22 lata – w 2013 roku to już 28 i 26 lat, w kolejnych latach również utrzymała się tendencja wzrostowa. Wzrasta także wiek zachodzenia kobiet w pierwszą ciążę – aktualnie ponad 35% podejmuje ten krok dopiero w przedziale 25 – 29 lat, a kolejne niespełna 30% między 30. a 34. rokiem życia. Zaledwie nieco ponad 20% godzi się na to wyzwanie przed 25. urodzinami.

Istnieje wiele przyczyn tego zjawiska, jednak większość z nich można bez większego problemu sprowadzić do wspólnego schematu podanego w nagłówku tej partii. W szczególności kobiety, lecz również mężczyźni, wolą w pierwszej kolejności ukończyć studia, zdobyć zatrudnienie i wypracować sobie w miarę pewną pozycję, a także zapewnić materialne zabezpieczenie, dopiero później zaś włączają w swoje plany na przyszłość potomstwo. Te same czynniki zresztą wpływają nieraz na odraczanie decyzji o małżeństwie.

Można w uzasadniony sposób zgłaszać wątpliwości co do tego, czy z powyższych wniosków nie wynika, że w dawniejszych czasach ludzi cechowała niefrasobliwość w planowaniu życia? Istotnie, z pewnego punktu widzenia można by odnieść wrażenie, że promuje się aktualny kierunek przemiany jako wyraz rozwoju społecznego i wzrastającej świadomości dotyczącej rodzicielstwa. Nie wydaje się to jednak drogą słuszną – nasi rodzice czy dziadkowie wykazywali się równie dużą zapobiegliwością co pokolenie dzisiejszych 20- i 30-latków, z tym, że wówczas jej wyrazem było właśnie jak najszybsze zdobycie żony lub męża i posiadanie dzieci. Często była to jedyna droga, prowadząca do uzyskania samodzielności, co odbywało się niejednokrotnie ze sporą dozą wsparcia zarówno ze strony starszych pokoleń, jak i komunistycznego państwa, traktującego rodzące się dzieci jak kapitał społeczny, który zasili w przyszłości przemysł czy rolnictwo.

 

Nasza mała stabilizacja? 

 

Jakie będą dalsze tendencje zmian? Trudno spodziewać się istotnych modyfikacji, które odwróciłyby dotychczasowy porządek przemian, choć jednocześnie istnieje pewna granica biologiczna, do której można przesuwać moment założenia rodziny bez znacznego podnoszenia ryzyka występowania wad wrodzonych u dziecka. Oczywiście, nowoczesna medycyna radzi sobie z tym coraz lepiej, pytanie jednak, czy wykorzystywanie jej osiągnięć w taki sposób nie okaże się kontrproduktywne. Jedno jest za to pewne – wspólne życie i posiadanie potomstwa coraz rzadziej można rozpoznać na podstawie obrączki ślubnej na palcu – i to, jak się zdaje, należy do zmian trwałych.

Krzysztof Andrulonis

 

Rodzina - dozwolone od lat 30?

20 maja 2021

Strona główna

Wróć do artykułów