Współcześnie wydaje się całkowicie oczywiste, że człowiek hoduje zwierzęta gospodarskie, a ponadto – często – w domach utrzymuje inne zwierzęta przeznaczone do towarzystwa i umilania czasu. Trzeba jednak pamiętać, że minęło wiele tysięcy lat i przekroczonych zostało kilka istotnych barier, nim taki stan rzeczy mógł się wytworzyć.

Na początku warto wprowadzić rozróżnienie pojęciowe, które często sprawia problemy użytkownikom języka polskiego – chodzi o określenia „udomowienie” oraz „oswojenie”. W pierwszym przypadku mamy na myśli ewolucyjny proces przekształcania cech i właściwości gatunków żyjącego dziko, który doprowadza ostatecznie do wyodrębnienia się nowego gatunku przystosowanego do życia u boku człowieka.

Inaczej jest w przypadku oswojenia – dotyczy ono pojedynczego zwierzęcia, które na skutek odpowiedniego wychowania i nabytych przyzwyczajeń przystosowuje się do życia we wspólnocie ludzkiej. Oswojenie grupy przedstawicieli danego gatunku jest zazwyczaj pierwszym krokiem do udomowienia, jednak tych dwóch określeń nie należy ze sobą mieszać.

Prapoczątki wspólnej historii

Współczesne badania pokazują, że najdawniejszym udomowionym gatunkiem jest pies domowy, który wywodzi się bezpośrednio od wilka. Człowiek doprowadził do powstania tego gatunku ponad 15 tys. lat temu, więc na długo przed początkiem życia osiadłego. Decydującym czynnikiem była zapewne wszechstronna przydatność tych czworonogów – stanowiły niezastąpione wsparcie w czasie polowań, zapewniały również ochronę miejsc noclegu, a także potrafiły odpowiednio wcześniej zasygnalizować możliwe zagrożenia. Kolejne gatunki udomowione – koza i owca – powstały już w podobnym czasie co przejście do trybu życia rolniczo-hodowlanego, więc można powiedzieć, że dzieje psa stanowią – na mapie rozwoju ewolucyjnego świata przyrody ożywionej – pewien ewenement.

Gdy w taki skrótowy sposób przedstawi się początki udomowienia, można odnieść (mylne) wrażenie, że był to proces bezproblemowy i łagodny. Wystarczy jednak nieco wyobraźni, aby uświadomić sobie trudności, na jakie napotykali nasi odlegli przodkowie. Zgodnie z tym, co napisaliśmy wcześniej, aby przeprowadzić pomyślny proces udomowienia, trzeba było najpierw oswoić przynajmniej kilka zwierząt dzikich danego gatunku. To okazywało się nieraz bardzo trudne – bardziej agresywne osobniki atakowały próbujących zbliżyć się do nich ludzi, co niejednokrotnie mogło zakończyć się śmiercią dla tych ostatnich. Słabsze z kolei salwowały się ucieczką.

Najprawdopodobniej za mechanizm ten odpowiada ewolucja – wraz z upływem wieków i tysiącleci, w czasie których homo sapiens specjalizował się jako łowca i zbieracz, największą szansę na przetrwanie i pozostawienie potomstwa miały zwierzęta posiadające instynkt ucieczki przed dziwnymi, uzbrojonymi, lecz nie z przyczyn naturalnych, białymi postaciami odzianymi w skóry. Przekazując odpowiednie geny kolejnym pokoleniom, powodowały, że całe gatunki specjalizowały się w kierunku jak najskuteczniejszej walki lub ochrony przed niebezpieczeństwami czyhającymi ze strony ludzi. Stąd ci ostatni, usiłujący zastosować zwierzęta w sposób odmienny, niż mieli to dotychczas w zwyczaju, napotykali na opór biologii, która wpisała w zachowania zwierząt agresję lub ucieczkę.

Oswojenie w praktyce

Ze względu na omówione trudności należało znaleźć możliwie skuteczne, a zarazem wykonalne sposoby łapania zwierząt przeznaczonych do oswojenia. Nasi odlegli przodkowie wykazali się pomysłowością na tym polu i stworzyli dwa uniwersalne wzorce działania. Pierwsze polegało na przygotowaniu pułapki, np. dołu nakrytego liśćmi, w który zwierzę wpadało. Pozostawało tam przez kilka dni bez jedzenia i picia, aby opadło z sił, a następnie było przenoszone do siedzib ludzkich i tam odkarmiane – pożywienie, w zakresie którego uwięzione zwierzę musiało polegać na człowieku, stawało się jedną z pierwszych nici ponadgatunkowego porozumienia.

Drugą ważną metodą, dającą nawet lepsze rezultaty niż poprzednia, było uprowadzenie młodych, co było możliwe po zabiciu matki. Uzyskane w ten sposób zwierzęta były łatwiejsze do oswojenia, a następnie udomowienia, ponieważ nie posiadały jeszcze wielu nawyków ochronnych niewrodzonych, których nauczyłaby ich w przyszłości rodzicielka.

Istnieje jeszcze jeden aspekt, jaki znacznie wspomógł starania zmierzające ku domestyfikacji zwierząt. Prawdopodobnie ludzie prehistoryczni wykorzystywali (świadomie lub nie) mechanizm opisany naukowo przez etologa Konrada Lorenza, w II poł. XX w., w myśl którego zwierzę bierze za swojego rodzica tego osobnika, którego widzi jako pierwszego po porodzie. Jeżeli był to człowiek, co w warunkach hodowlanych nie sprawiało trudności realizacyjnej, nowo narodzone zwierzę zawiązywało z nim więzi emocjonalne, co tym bardziej sprzyjało długofalowej zależności międzygatunkowej.

Niełatwa droga od oswojenia do udomowienia

Wskutek rosnącej sprawności oraz liczby posiadanych narzędzi wyłapywanie pojedynczych zwierząt i poddawanie ich wychowaniu, zmierzającemu ku przystosowaniu do pokojowej koegzystencji z człowiekiem, stawało się coraz łatwiejsze. Przodowali w tym szczególnie Egipcjanie, którzy prędko nauczyli się budować wielkie zagrody i umieszczać w nich zwierzęta przyuczane do wykonywania prac na roli.

Wyłapywane zwierzęta z nieznanych wówczas przyczyn nie chciały się najczęściej rozmnażać w warunkach niewoli, co stanowiło dla człowieka poważny problem – życie gospodarzy nie pozostawiało zbyt wiele wolnego czasu, trudno więc było pogodzić obowiązki na roli z koniecznością wręcz nieustannego poszukiwania nowych zwierząt i przyuczania ich, aby zajęły miejsce padłych.

Przede wszystkim duże znaczenie miał ich stosunek do terytorium, zwany terytorializmem. Te, które wykazywały silny instynkt życia w naturze, w dużych odległościach od innych przedstawicieli własnego gatunku, z największą trudnością akceptowały obecność innych zwierząt dookoła siebie. Innym istotnym czynnikiem była dieta – zwierzęta mięsożerne mogły liczyć na resztki z ludzkich stołów, co jednak nie zawsze zaspokajało ich zapotrzebowanie na białko; z kolei roślinożerne cierpiały przeważnie na niedobory niezbędnych substancji, ponieważ prehistoryczny i wczesnostarożytny hodowca nie był w stanie zgromadzić materii roślinnej o odpowiednim zróżnicowaniu gatunkowym.

Taka kolej rzeczy prowadziła do sytuacji, w jakich najprędzej do rozrodu dochodziło w przypadku osobników powolniejszych i zwykle obdarzonych mniejszą inteligencją. To u nich, po kilku pokoleniach, kształtowały się specyficzne cechy, które odróżniały je od gatunku żyjącego w warunkach dzikich – tzw. „udomowieniowe”. O zakończonym procesie udomowienia można zaś mówić wraz z wyodrębnieniem nowego gatunku – tzn. wtedy, gdy osobniki udomowione krzyżowane z dzikimi nie dawały już płodnego potomstwa.

Kolejne gatunki ulegały udomowieniu stopniowo i nie był to proces łatwy – z wilkami, z których wywodzi się pies domowy, poszło najłatwiej ze względu na wolę współpracy, jaką wykazywały (spożywały resztki pozostawiane przez ludzi, a także łatwiej dostosowywały się do życia w gromadzie homo sapiens ze względu na silne tendencje do tworzenia rodziny). Trudniej było np. z końmi, które udało się człowiekowi dosiąść dopiero ok. sześciu tysięcy lat p.n.e. Jeszcze później miejsce u boku człowieka zajęli: kot oraz ptactwo domowe.

Od udomowienia do zadomowienia

Zwierzęta zaczęły żyć u boku człowieka stosunkowo wcześnie, jeszcze zanim zaczął się rozwój tego, co pojmujemy jako europejska cywilizacja. Umownym początkiem dziejów kultury śródziemnomorskiej jest powstanie dwóch eposów Homera na przełomie IX i VIII w. p.n.e. – wówczas znakomita większość znanych nam dzisiaj gatunków udomowionych już istniała. Ich przejście z zagród do salonów zajęło jednak wiele czasu. Pewną fascynację zwierzętami, niezwiązaną z ich użyciem gospodarczym, dostrzec można już u starożytnych – niektórzy władcy despotyczni, jak np. Neron w państwie rzymskim, trzymali oswojone dzikie zwierzęta, z którymi pokazywali się, aby podkreślić drapieżne walory swego charakteru oraz uwydatnić własną potęgę. Trudno jednak mówić w tym przypadku o jakiejkolwiek więzi emocjonalnej łączącej właściciela i zwierzę.

Bardzo ciekawego świadectwa dostarcza rodzima literatura i historia. Gdy zajrzy się do Pamiętników Jana Chryzostoma Paska, a konkretnie do relacji z roku 1680, zapoznać można się z opisem jego ukochanej oswojonej wydry, która służyła mu – przede wszystkim – jako wierna towarzyszka oraz atrakcja w chwilach wolnych od pracy i innych obowiązków. Cierpienie Paska, gdy otrzymał od króla Sobieskiego prośbę (należało ją interpretować jako rozkaz, nie chcąc narazić się na popadnięcie w niełaskę) o przesłanie mu wydry, którą wcześniej widział, jest bardzo autentyczne i wzrusza szczególnie, gdy widzi się je u hardego żołnierza, uczestnika kampanii duńskiej, moskiewskiej i skierowanej przeciwko rokoszanom pod wodzą Lubomirskiego.

Sam król Jan III Sobieski również był ciekawym przykładem miłośnika zwierząt – w swoich włościach wilanowskich zgromadził bogaty zbiór gatunków z całego świata. Z wieloma z nich, istotnie, łączyły go głębokie więzi. Weźmy chociażby wydrę otrzymaną od Paska – jak podaje pamiętnikarz, wkrótce po dotarciu na dwór królewski, tęskniąc za dawnym domem, wymknęła się pod osłoną nocy i została zamordowana przez członka straży, który sądził, że sprawi królowi przyjemność, przynosząc materiał na futro. Sobieski wściekł się do tego stopnia, że prawie z miejsca chciał powiesić swojego żołnierza – jedynie łagodzący wpływ Marysieńki i sugestie przybocznych doradców o niewychowawczości takiego postępowania ostudziły jego zapał. Co nie znaczy, że obyło się zupełnie bez kary…

Nowe myśli, nowy stosunek do zwierząt

Niektórych może to zdziwić, lecz przemiany w zakresie traktowania zwierząt przez człowieka miały znaczny związek z ewolucją myśli filozoficznej zastępującą analizę naukową w czasie, gdy ta nie dawała jeszcze zadowalających rezultatów. Przez szereg wieków zwierzęta traktowano całkowicie instrumentalnie – symptomatyczna jest w tej kwestii postawa Kartezjusza, który miał je wyłącznie za istoty niezdolne do odczuwania, kierowane prostymi mechanizmami biologicznymi, a przez to słusznie pozbawione jakichkolwiek praw.

Na przestrzeni XVIII i XIX wieku ustaliły się trzy odmienne kierunki traktujące o stosunku do zwierząt. Na stanowisku bliskim współczesnym intuicjom stał Jan Jakub Rousseau, którego głównym postulatem był powrót człowieka do natury. Myśliciel twierdził, że choć zwierzęta, jako istoty nierozumne, nie mogą poznać prawa naturalnego, to jednak uczestniczą w porządku naturalnym świata i współdzielą pewne cechy z człowiekiem, co powoduje, że nie wolno ich traktować w sposób krzywdzący.

Inaczej do tej kwestii podchodził Immanuel Kant. Jego zdaniem zwierzęta, jako pozbawione rozumności, są tak naprawdę tylko rzeczami i środkami do realizacji ludzkich celów. Nie oznacza to jednak dowolności człowieka w ich traktowaniu – nie ma prawa się nad nimi znęcać, gdyż prowadzi to do jego deprawacji moralnej (ani słowa tu jednak o samym zwierzęciu).

Jeszcze inną propozycję przedstawił Jeremy Bentham i to jego postawa została, jak się zdaje, fundamentem dla przyszłego rozwoju ruchu praw zwierząt. Ów brytyjski filozof oświadczył, że człowiek jak dotąd porównywał się ze zwierzęciem pod kątem posiadania rozumności czy zdolności przeżywania emocji. Tymczasem pomijał kwestię tego, że bardzo wyrazistą cechą wspólną ludzi i zwierząt jest zdolność do odczuwania cierpienia – Bentham był przekonany co do tego, że zwierzęta odczuwają ból, na podstawie obserwacji ich zachowań. Ponieważ zwierzęta mogą cierpieć, to nikt nie ma prawa ich krzywdzić. Ich brak zdolności mowy czy myślenia abstrakcyjnego jest w tej kwestii nieistotny. Osąd Benthama zapoczątkował XIX-wieczne utylitarystyczne stanowisko w kwestii ochrony praw zwierząt, według którego traktowanie każdej istoty nierozumnej, jako przedmiotu, obraża ludzką moralność.

Z naukowych pism do domów mieszczańskich

Opisane wcześniej prądy filozoficzne szybko znalazły swoje spopularyzowane ujście w publicystyce. W XIX w. w wielu miejscach Europy, w tym w Polsce, zaczęto wydawać czasopisma dla miłośników zwierząt, których celem było prezentowanie domowych pupilów w jak najlepszym świetle, często w antropomorfizującym ujęciu. Jak podaje Natalia Zacharek, w Krakowie, w tym czasie wychodziły miesięczniki „Przyjaciel Zwierząt” i „Obrońca Zwierząt Domowych i Pożytecznych”, które nauczały w zakresie właściwej opieki, w szczególności nad psami, jakie wówczas królowały w wielu bogatszych domach, a także wytykały i krytykowały przykłady zaniedbań czy złych praktyk.

Początkowo stosunek właścicieli do zwierząt bywał niedojrzały, przez cały wiek XIX utrzymywało się przeświadczenie, że są one raczej dodatkiem do modnego życia niż realnym obowiązkiem związanym z opieką nad istotą żyjącą i mającą swoje konkretne potrzeby. Wzgląd na realne potrzeby zwierząt najprędzej zaczął ujawniać się u najbystrzejszych umysłów epoki pozytywizmu, która pośród swych haseł umieszczała również ochronę praw naszych braci mniejszych. Można tutaj przywołać choćby – znanego wszystkim – Bolesława Prusa, który w „Kronikach tygodniowych” wcielał się w rolę kundelka Filusia wędrującego po ulicach Warszawy czy przeżywającego perypetie w domu swoich państwa, aby w ten sposób ukazać problemy rodzące się w relacjach między zwierzęciem a człowiekiem.

W pełni dojrzały stosunek do zwierząt domowych to jednak dopiero dzieło wieku XX, gdy człowiek po raz pierwszy uświadomił sobie, że ziemia nie służy wyłącznie jego nieograniczonej eksploatacji i konsumpcji, a człowiek nie jest jej jedynym gospodarzem i ma obowiązek dbać o nią również ze względu na wszystkie inne zamieszkujące ją organizmy. Wraz z postępem w dziedzinie nauk biologicznych i psychologii coraz lepiej pojmujemy funkcjonowanie zwierząt i dostrzegamy, jak bardzo są nam bliskie w wielu aspektach. Stąd nowoczesne podejście zakłada traktowanie ich jako równoprawnych członków rodzin, z którymi buduje się więzi emocjonalne.

Wbrew zaśniedziałym i anachronicznym opiniom niektórych konserwatystów społecznych i obyczajowych, zwierzę nigdy więcej nie powinno być traktowane jako przedmiot zaspokajania ludzkich potrzeb, lecz jako podmiot relacji. Znajduje to potwierdzenie w licznych prowadzonych współcześnie badaniach. Zwierzęta są naszymi przyjaciółmi – już nie tylko metaforycznie, lecz również, jak się okazuje, dosłownie.

Krzysztof Andrulonis

 

Między udomowieniem a zadomowieniem

24 października 2020

Strona główna

Wróć do artykułów

Outro - wychodzimy poza schemat