XX wiek przyniósł nadzwyczaj dużo historycznych zwrotów akcji oraz wydarzeń, które na zawsze odmieniły świat. Nic więc dziwnego, że gdy w 1989 roku runęła żelazna kurtyna i dobiegła końca zimna wojna wielu sądziło, że nadejdą teraz upragnione, spokojne czasy rozwoju społecznego i stagnacji. Czy te wizje się spełniły i obecnie żyjemy w epoce „pohistorycznej?”

 

Nastroje przełomu lat 80. i 90. ubiegłego stulecia znalazły swój naukowy wyraz w popularnej na całym świecie książce Koniec historii i ostatni człowiek (choć zwyczajowo, w użyciu, ostał się tylko pierwszy człon tego tytułu) autorstwa Francisa Fukuyamy. Amerykański politolog z japońskim rodowodem twierdził, że koncepcja liberalnej demokracji i wolnorynkowa gospodarka to najznakomitsze wynalazki systemowe człowieka. Jego zdaniem te koncepcje ustrojowe dowiodły, w toku dziejów, swej wyższości nad wszelkimi innymi formami, a więc stanowią ostateczny cel, do którego zmierzała ludzkość.

Fukuyama zakładał, że w obecnym okresie historycznym (książka ukazała się w 1992 roku) dobiegły końca wielkie zjawiska i procesy w obrębie polityki oraz gospodarki, a ludzkość osiągnęła najbliższy ideałowi – spośród możliwych do urzeczywistnienia – model swojego funkcjonowania. A co za tym idzie, możemy mówić o swego rodzaju końcu historii.

Według Fukuyamy państwa funkcjonujące w oparciu o zasady liberalnej demokracji i wolnego rynku miały po prostu dalej iść tą drogą, zaś wszystkie pozostałe kraje dołączać stopniowo do tego grona – odrzucając wszelkie inne, mniej wydajne modele ustrojowe. Dowodzić tego miał przykład państw Europy Środkowo-Wschodniej, które po rozpadzie bloku komunistycznego zaczęły dostosowywać się do modelu demokracji obowiązującego na zachodzie kontynentu. 

 

Arabska próba ognia 

 

Czy jednak na pewno idealistyczna wizja Fukuyamy, stwierdzająca, że żyjemy w czasach, gdzie nie wydarzają się już żadne fakty historyczne i jesteśmy w swoistym koncepcyjnym raju, odnajduje zastosowanie w rzeczywistości?

Niewątpliwie zdecydowana większość społeczeństw cywilizacji zachodniej od czasu upadku komunizmu – tj. od ponad trzydziestu lat – żyje w państwach opartych na zasadach liberalnych. I to zarówno w kwestii ustroju politycznego (demokracja), systemu prawnego (nowoczesna kodyfikacja praw, prawa człowieka), gospodarki (wolny rynek), jak i po prostu ładu społecznego.

Zakładając koncepcję Fukuyamy, należałoby się spodziewać gwałtownego wzrostu odsetku państw, które w innych rejonach świata obiorą podobny kierunek. Tak się jednak nie dzieje. Arabska Wiosna Ludów, z jaką mieliśmy do czynienia w latach 2010–2012, była oddolną, jakby natchnioną XIX-wiecznymi europejskimi zrywami społecznymi, próbą wywalczenia demokracji w krajach Maghrebu i Bliskiego Wschodu. Próbą zakończoną jednak totalnym fiaskiem.

Okazało się, że w miejsce obalonych masowym buntem dyktatorów, szybko pojawili się nowi despoci. W pozostałych krajach, zamiast demokracji, objawiły się zaś: anarchia, zbiorowa przemoc i krwawe, wieloletnie wojny domowe. To była wyjątkowo gorzka pigułka, którą musieli przełknąć zwolennicy koncepcji „końca historii”.

Jednak i na tę sytuację dość szybko znaleziono kontrargument: stwierdzono mianowicie, że każdy kraj musi w swoim tempie dojrzeć do demokracji i do liberalizmu. Dopiero gdy będzie gotowy, może nastąpić implementacja tych wartości na danym terenie. Najwidoczniej początek lat 10. XXI wieku to nie był po prostu czas tego regionu na demokratyzację. 

 

Nowa wojna  

 

Innego zdania są zwolennicy konkurencyjnej względem „końca historii” teorii – jej autorem jest inny amerykański politolog, Samuel Huntington. Wedle koncepcji „zderzenia cywilizacji” po wygaśnięciu zimnej wojny nie będziemy wcale pławić się w luksusach ery spokoju i dobrobytu, wywołanych liberalnym systemem polityczno-gospodarczym. Od teraz bowiem na pierwszy plan – po erze napięć ideologiczno-politycznych – wyjdą spory kulturowo-cywilizacyjne.

Europa i cały świat zachodni winny przygotować się na starcie z sąsiednimi cywilizacjami, które nie będą wcale chciały ulec wpływom naszego kręgu kulturowego. A wręcz przeciwnie – spróbują narzucić nam swój model życia (przeważnie bardzo odległy od liberalizmu). Wyłożona w 1996 roku teoria Huntingtona została uznana za profetyczną już w 2001 roku, kiedy cały świat z przerażeniem obserwował upadek nowojorskich wież World Trade Center na skutek islamskiego zamachu terrorystycznego.

Całe dwie pierwsze dekady XXI wieku obfitowały zresztą w podobne zdarzenia, które można zaliczyć do faktów pokrywających się z ideą zderzenia cywilizacji – mowa tu choćby o amerykańskiej interwencji w Afganistanie i Iraku, walce z organizacją terrorystyczną – z Al-Kaidą, serii islamskich zamachów terrorystycznych w Europie oraz wojnie z samozwańczym quasi-państwem islamskim – ISIS. Wszystkie te fakty dowodziły przewagi idei Huntingtona nad – uważaną za nazbyt optymistyczną – wizją Fukuyamy. 

 

Rosyjska pięść

 

Na obszarze Starego Kontynentu, w ciągu ostatnich 30 lat, miały miejsce również inne fakty, które podważały słuszność tezy Francisa Fukuyamy. Choć kraje bloku wschodniego z powodzeniem przebyły transformację ustrojową w latach 90., to jednak dalsze rozszerzanie się demokracji liberalnej uległo dość brutalnemu zahamowaniu na Ukrainie. Należący do tego kraju Półwysep Krymski został bezprawnie zaanektowany przez jego sąsiada, zaś na wschodnich rubieżach państwa wybuchła długotrwała wojna. W ten sposób przypomniała o sobie i swoich mocarstwowych ambicjach Rosja.

O ile krwawą wojnę na Bałkanach, w latach 90., można było jeszcze uznać za nieuniknione pokłosie sztucznych konstrukcji państwowotwórczych (Jugosławia) z poprzedniej epoki, o tyle już wydarzenia na Ukrainie z roku 2014 musiały wzbudzić wielkie obawy i zaniepokojenie. Na terenie Europy doszło wtedy do bezprawnego naruszenia granic jednego państwa przez drugie, w dodatku w wysoce cyniczny sposób, jakoby w „białych rękawiczkach”.

Te wydarzenia przypomniały stronnikom koncepcji Fukuyamy, że ów idylliczny koniec historii może być brutalnie i gwałtownie przerwany przez przemoc w wymiarze międzynarodowym. Tym samym naiwna okazała się wiara, że w naszym kręgu kulturowym, po doświadczeniach II wojny światowej, taki sposób uprawnia polityki stał się już przeszłością. 

 

Alternatywa?

 

To nie koniec problemów, z jakimi boryka się teoria „końca historii” – od mniej więcej połowy lat 10. obecnego stulecia w Europie i w Stanach Zjednoczonych wybory zaczęły wygrywać ugrupowania i kandydaci konserwatywni, nierzadko także nacjonalistyczni. Okazało się, że wyborcy pokazali żółtą kartkę rządom liberałów, które nie spełniały społecznych oczekiwań i aspiracji, a ponadto uwikłane były w rozliczne afery, nadużycia i patologie. Również sam styl uprawiania polityki przez liberałów – oderwanie od problemów zwykłych ludzi, tkwienie w hermetycznym świecie elit czy nastawienie wyłącznie na zaspokajanie najbardziej podstawowych potrzeb społeczeństwa (słynna „ciepła woda w kranie”) wzbudziły, ostatecznie, wielki sprzeciw.

Konsekwencją tego był triumf ugrupowań stojących ideologicznie na prawo od dotychczas rządzących. Partie te bardzo skutecznie wyczuły nastroje społeczne i nierzadko stosując techniki, które można sklasyfikować jako populistyczne, przedstawiły siebie jako alternatywę dla dotychczasowych elit. Przy okazji niektóre z nich zaoferowały obywatelom bogaty pakiet świadczeń społecznych i socjalnych.

Jak się okazało, rządy prawicy podważyły wiele koncepcji tworzących paradygmat demokracji liberalnej – w Polsce przejawiło się to sporem o kontrowersyjne reformy wymiaru sprawiedliwości, które zdaniem znacznej części ekspertów naruszyły zasady praworządności.

 

Głos ludu

 

Zwolennicy idei Fukuyamy nie mogą być obojętni na wielki poklask społeczny, jaki uzyskują formacje prawicowe – nie sposób przeoczyć choćby faktu, że rządzące Polską od 2015 roku Prawo i Sprawiedliwość – jako jedyna partia na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat – zdobyła (i to dwukrotnie) wynik wyborczy pozwalający na samodzielne rządy.

Tak silny mandat społeczny dowodzi – być może – wypalenia się koncepcji rządów partii liberalnych, w ramach liberalnej demokracji. A już z całą pewnością jest unaocznieniem zużycia, jakie dotknęło dotychczasowe elity władzy. Dające się odczuć wśród nich zgnuśnienie i zobojętnienie na najistotniejsze problemy społeczne musiało doprowadzić do radykalnych zmian na scenach politycznych państw cywilizacji zachodniej. I tak też się stało.

Cała ta sytuacja stawia akolitów liberalnej demokracji w dość trudnej sytuacji. Wszak im – jako opowiadającym się za zasadami demokracji – nie wypada wręcz atakować innej formacji, która zdobyła większość w sprawiedliwych, wolnych wyborach tylko dlatego, że ma inną wizję ideologiczną. Winni oni uszanować wolę ludu i – przewidzianymi w demokracji sposobami – zabiegać o odzyskanie władzy w kolejnych elekcjach. Tu jednak często pada kontrargument, zgodnie z którym każde naruszenie liberalnego ładu (w tym np. praworządności) podważa słuszność mandatu danej partii rządzącej.

Co jednak począć w sytuacji, gdy społeczeństwa i narody wielu państw Europy chcą po prostu takich rządów i owe, mniejsze lub większe naruszenia, im nie przeszkadzają? Czyż taki stan rzeczy nie jest na swój sposób istotą demokracji i wolnego wyboru? A także czy ograniczenie możliwości wyborów wyłącznie do, bliźniaczo do siebie podobnych, formacji o rysie liberalnym nie jest w istocie rzeczy łamaniem esencjonalnych podstaw demokracji?

Te wszystkie trudne pytania dotykają problemów, które – wbrew pozorom – nie mają wyłącznie charakteru sporu akademickiego. Dotyczą one obecnej rzeczywistości, w znacznej części państw tzw. Zachodu i jednocześnie stanowią bolesne ciosy wymierzone w słuszność idei „końca historii” Francisa Fukuyamy. Okazuje się, że znaczna część obywateli aprobuje odmienne założenia ideologiczne – czy to bardziej prawicowe, czy lewicowe – i dąży do ich wcielania w życie. Czasem ta grupa staje się na tyle liczna, że doprowadza do zwycięstwa w wyborach swojej reprezentacji politycznej. Trudno więc jest zlekceważyć czy zignorować jej racje. 

 

Meta już była, ale wyścig trwa nadal

 

Poza wspomnianymi wyżej przykładami również obecna sytuacja – zagrożenie epidemiologiczne w Polsce, Europie i na świecie – jest policzkiem wymierzonym w ład liberalny. Okazuje się, że najskuteczniej z tą sytuacją poradzić sobie można, stosując metody rządów silnej ręki, a także sięgając po rozwiązania typowe dla krajów wręcz totalitarnych – m.in. ograniczając do minimum życie społeczne, kontrolując wszelkie strefy działalności ludzkiej i zamykając granice państwowe. W dodatku te działania są w pełni społecznie aprobowane, bo mają na celu dobro wspólne i bezpieczeństwo publiczne. Ta sytuacja więc bardzo dobrze obrazuje, że rozwiązania liberalne często nie zdają egzaminu w realnym świecie.

Z dzisiejszej perspektywy wydaje się, że koncepcja „końca historii” wyłożona na początku lat 90. wpisywała się w ducha tamtych czasów, jednak kolejne fakty historyczne pokazały, iż była ona przesadnie optymistyczna. Choć nie da się zaprzeczyć, że ma ona w sobie sporo racji i aprobowane przez autora rozwiązania ustrojowe wydają się dla nas – mieszkańców Zachodu – dość oczywistymi sposobami na funkcjonowanie państwa i społeczeństwa.

Jednak ustanowienie rządów liberalnych nie oznacza końca problemów. Te bowiem wciąż będą się pojawiać. Przed ludzkością niezliczona liczba wojen, kryzysów, trudności i problemów zewnętrznych oraz wewnętrznych, z którymi przyjdzie się borykać państwom o modelu liberalnym.

Historia wcale się nie kończy – jest wciąż w toku. Przed nami nowe wyzwania i jeżeli liberalne rozwiązania ustrojowe są faktycznie najlepszymi (przynajmniej na czasy pokoju), to muszą to nieustająco udowadniać i zabiegać o swoją legitymację. W przeciwnym razie – szybciej niż się tego spodziewają ich zwolennicy – mogą zostać zmiecione i odsunięte w głęboki kąt historii. 

 

Kamil Durajczyk

Koniec historii? A może dopiero początek? 

10 kwietnia 2020

Strona główna

Wróć do artykułów

Outro - wychodzimy poza schemat