Doświadczenie epidemii to coś ze wszech miar szczególnego. W tym czasie szczególnie potrzebne jest wsparcie ze strony drugiego człowieka – w każdym wymiarze, zarówno codziennej potrzeby, jak i duchowym. Powinniśmy „być dla siebie nawzajem”, a nie „dla siebie samych”. Tymczasem częstokroć rzeczywistość odsłania jeszcze gorszy obraz – niejeden staje „przeciwko innemu”.

 

W marcu 2019 roku poświęciliśmy całe wydanie „Outro” tematowi mowy nienawiści i zgubnym wpływom tego zjawiska na funkcjonowanie społeczeństwa jako całości oraz poszczególnych żyjących w nim jednostek. Dzisiaj ten problem powraca ponownie, i to ze zdwojoną siłą. Skutki rozlewających się w przepastnych czeluściach internetu fal hejtu w obliczu sytuacji kryzysu, stają się tym dotkliwsze. Stąd zasadnym wydaje się rozważyć tę tematykę ponownie, uzupełniając ją o nowe wątki i wpisując w narrację trwających „czasów zarazy”. 

 

Daj spokój, Darek. Ciebie też zaszczują 

 

Tak brzmiały ostatnie słowa, które skierował w swoim życiu do bliskiego przyjaciela, Ryszarda Terleckiego, prof. Wojciech Rokita, wybitny ginekolog z Kielc. Niedługo później popełnił samobójstwo pod wpływem mnożących się fałszywych oskarżeń i zionących nienawiścią paszkwili, które we wszelkich możliwych miejscach w przestrzeni sieciowej pozostawiali internauci. Rokita był wybitnym specjalistą w swojej dziedzinie, gdy w 2012 roku objął oddział położniczy w szpitalu w Kielcach, statystyki śmiertelności noworodków były tam najgorsze w Polsce – w zeszłym roku proporcja się odwróciła i szpital znalazł się na pierwszym miejscu. W dużej mierze dzięki zasłudze samego doktora, który zabiegał o lepsze wyposażenie placówki oraz dyscyplinował swoich pracowników, dając jednocześnie wzór własną aktywną działalnością i niezmordowaną pracą. Cechował go perfekcjonizm oraz potrzeba społecznej akceptacji i uznania, na które ciężko pracował codziennym wysiłkiem.

Gdy powrócił z urlopu w szwajcarskich Alpach i kiedy okazało się, że jest zakażony koronawirusem, rozpętała się burza. Zaczęło się od artykułu w lokalnej gazecie – „Echu Dnia”, później natomiast rozgorzała regularna, mocno jednostronna bitwa. Zarówno pod tekstem na stronie internetowej czasopisma, jak i w mediach społecznościowych mnożyły się ociekające nienawiścią komentarze odsądzające profesora od czci i wiary, przepełnione oskarżeniami, nieuzasadnioną wściekłością i destrukcyjną obelgą, która wreszcie doprowadziła do tragedii. Czy na wszystkich tych, którzy pośrednio przyczynili się do jego śmierci przez nieprzemyślane potoki przekleństw i zbyt gwałtownych sądów, przyjdzie opamiętanie? Nadzieja i wiara w naturę ludzką każe nadal sądzić, że tak. Jednocześnie jednak przykłady ludzi zaszczutych przez hejterów stają się tak liczne, że coraz bardziej realne zdają się słowa Thomasa Hobbesa, iż „człowiek człowiekowi wilkiem”, w związku z czym rezygnacja z jasnych reguł gry musi doprowadzić do wojny wszystkich przeciwko wszystkim. 

 

Złożoność problemu 

 

Tragiczna śmierć prof. Rokity to jedno z najbardziej poruszających świadectw zgubnych wpływów mowy nienawiści – jest ich jednak znacznie więcej, ponieważ oddziaływanie tego typu agresji jest przemożne i coraz częściej wszechobecne. Tym więcej wysiłku należy włożyć w to, by mu zapobiegać. Zanim jednak można myśleć o skutecznej profilaktyce i usuwaniu już poczynionych szkód, należy się zastanowić nad tym, jak mowa nienawiści powstaje, z jakich pokładów czerpie swą siłę i dlaczego właściwie tak wielu ludzi tak chętnie się do niej ucieka.

Rozszerzanie się hejtu w przestrzeni internetu (i nie tylko) to problem wielopłaszczyznowy, a przez to przeznaczony dla wielu dziedzin nauk. W ujęciu socjologicznym zastanawiające jest to, czy mamy do czynienia z fenomenem nowym, wyrosłym na gruncie szerokich możliwości komunikacji przy względnym poczuciu anonimowości nadawcy, czy też obserwowane dziś zjawisko stanowi po prostu transformację od dawna obecnych w życiu zbiorowym tendencji, które teraz zostały w nowy sposób skanalizowane. Tutaj już włącza się perspektywa antropologiczna – czy nienawiść, którą wielu ludzi wręcz zionie w komunikacji sieciowej, przynależy w jakiś sposób ludzkiej naturze, czy też w całości wynika z warunkowania przez położenie, w którym żyje? Tu już stajemy w obliczu fundamentalnego pytania – czy każdy z nas jest odpowiedzialny za swoją własną esencję, samodzielnie buduje swe człowieczeństwo, jak chce tego Jean-Paul Sartre, czy też na odwrót, to „byt kształtuje świadomość”, a każdy z nas jest wytworem epoki, doświadczeń życiowych i warunków klasowych, jak postrzegał to Karol Marks?

Nie jest tak, że w refleksji naukowej ten problem jest spychany na margines – wręcz przeciwnie, już wiele atramentu wylano i sporo komputerowych arkuszy zapisano, aby spróbować dostrzec istotę problemu. Wydaje się jednak ciekawą próbą, by zaprezentować jeszcze jedno ujęcie problemu, tym razem z perspektywy filozofii i etyki, które będzie miało na celu ustalenie sposobu funkcjonowania mowy nienawiści – w takim zakresie, na jaki pozwolić mogą ramy krótkiego tekstu prasowego. 

 

Zawieszenie przedwiedzy 

 

Warto zacząć od samego początku, zanim jeszcze właściwa informacja zostaje wyrażona. W znakomitej większości przypadków osoby odpowiedzialne za hejt posiadają przedwiedzę w zakresie osoby czy grupy, którą zamierzają poddać krytyce. Co więcej, ten posiadany zasób informacji, gdyby został właściwie odczytany w momencie zrodzenia się woli przelania swego wybuchu złości na komentarz internetowy, mógłby tejże próbie skutecznie zapobiec.

Niejednokrotnie ofiarami paszkwilanckich ataków ze strony internautów padają osoby, których życie upływało jak dotąd praktycznie nienagannie, a które popełniły jakiś błąd. Czasem właściwie nie tyle go popełniły, ile uczyniły coś, co następnie zostało wzbogacone w dodatkowe sensy, uzupełnione zmyśleniem i przekształcone w świadomości odbiorców mediów w akt oskarżenia.

Z taką, najtrudniejszą dla samej ofiary, sytuacją mieliśmy do czynienia w przypadku prof. Rokity. Czy było jego winą, że znajdował się na urlopie w Sankt Moritz akurat w momencie, gdy w Europie wybijała się z bloków startowych epidemia koronawirusa? Jeśli patrzeć przez pryzmat obiektywnej informacji, trzeba udzielić negatywnej odpowiedzi. Tymczasem działalność tzw. hejterów doprowadziła do takiego przeformułowania tego wydarzenia, aby stało się dla lekarza obciążające. Informacja o wypoczynku została skojarzona z drażliwym tematem wysokości płac w służbie zdrowia, które w powszechnej opinii nadal wydają się za wysokie (sprawa lekarzy rezydentów w narracji „mitologii oburzonych” schodzi na bok).

Taki twór skontaminował się jeszcze z jedną z ulubionych fraz współczesnej polskiej mowy nienawiści – mityczną „kastą”, jak nie sędziów, to tym razem medyków. Popularność tego słowa razi tym bardziej, że w dużej mierze rozkwitła na tle jej nagminnego stosowania w nowomowie władzy politycznej. Spójrzmy na uzyskany obraz: prywatny wyjazd przerodził się w akt bezprzykładnego epatowania powodzeniem finansowym uczestnika złowrogiego sprzysiężenia wymierzonego w „szarego obywatela”. To kolejna figura mityczna, namiętnie przeciwstawiana w różnorakich sporach na odparcie sprzeciwów wobec rzekomego „głosu ogółu”, a przez to rozmydlona do granic możliwości.

Uzyskany konstrukt zaczyna „żyć własnym życiem” w tym sensie, że alienuje się od całej pozostałej wiedzy na temat ofiary ataku, po czym ją przesłania. Przerażać może to, że w atakach hejterskich często biorą udział ludzie, którzy znają ofiarę i wcześniej ją cenili lub przynajmniej aprobowali sposób jej istnienia, teraz zaś, zwiedzeni potężną emfatycznością wykreowanego oskarżenia, chwytają za broń w postaci klawiatury i ekranu komputera z łączem sieciowym.

Nie tylko ich zresztą dotyczy problem zaniku przedwiedzy – ci, którzy dołączają się do szerzenia mowy nienawiści, nawet gdyby nic nie wiedzieli o swojej ofierze, a jedynie dali się ponieść przemożności wezwania inicjatorów komunikatów takiego typu, jak przytoczony powyżej, zatracają przedwiedzę etyczną. Przecież duża część ludzi wylewających obelgi na inne osoby później przyznaje, że to nie było właściwe. Szczególnie gdy doprowadziło to do przykrych bądź tragicznych konsekwencji. Dlaczego wtedy zapomnieli, że własne opinie należy trzymać na wodzy, że słowa ranią, a nawet mogą zabić? Siła oddziaływania pseudoinformacji inicjującej hejt jest przemożna, zdaje się zawieszać dotychczasową wiedzę poszczególnych jednostek, czy to szczegółową, czy wręcz ogólną. Jej emfatyczność nakazuje działać i nie zadawać pytań – te rodzą się czasem dopiero wtedy, gdy jest już za późno. 

 

Doświadczenie czasów zarazy 

 

Hejt jest z nami obecny w aktualnej formie, tj. związanej z internetem i mediami społecznościowymi, od kilku lat. Problem z nim związany narasta z tej prostej przyczyny, że coraz liczniejsze sfery funkcjonowania przenosimy ze świata realnego do przestrzeni wirtualnej. Tym bardziej w czasach pandemii, gdy praktycznie cała nasza życiowa aktywność gwałtownie została przeniesiona na ekrany komputerów. To rodzi zagrożenia szczególnej natury.

Mowa nienawiści może szerzyć się, bo jej rozprzestrzenianie się odbywa się bez kontaktu twarzą w twarz. W takim spotkaniu rodzi się odpowiedzialność, zostają ożywione wartości. Gdy człowiek staje naprzeciwko Innego i objawia mu się jego Twarz, zostaje zobowiązany moralnie. Jak pisał Emmanuel Levinas, Twarz Drugiego do nas przemawia: „Nie zabijesz mnie”. Więcej: „Nie skrzywdzisz mnie”. Doświadczenie osobistego zetknięcia uruchamia podstawowe pokłady moralności – jakaś siła hamuje uniesioną pięść, powstrzymuje przed wyrzeczeniem krzywdzącego słowa. Twarz człowieka nie jest etycznie obojętna – przez nią przemawia człowieczeństwo, to ona potrafi uświadomić niedoszłemu oprawcy, że uderza w kogoś takiego, jak on sam, że pragnie być, jak źle pojęty Bóg, rozdawcą sprawiedliwości i pogromcą zła, o którym sam arbitralnie osądza.

W przestrzeni sieci twarz znika. Częstokroć nie ma jej wcale – istnieje tylko niewiele mówiący nick. Również zdjęcia zamieszczane w mediach społecznościowych nie są rozwiązaniem – nie gwarantują autentycznego przeżycia spotkania. Są płaskie, martwe, tak jak wszystko, co przemawia do nas z ekranów, w przeciwieństwie do wypukłego i żywego świata. Brak tego elementarnego doświadczenia wyłącza działanie etyki, a przynajmniej ją osłabia. W przestrzeni internetu dużo łatwiej wrzucić swój kodeks moralny w ognisko zapomnienia – inaczej niż ma to miejsce w fenomenie autentycznego zetknięcia dwojga ludzi, którzy przeżywają siebie nawzajem na płaszczyźnie aksjologicznej. Tak rodzi się mowa nienawiści. 

 

Odpowiedzialność za drugiego 

 

Nikt z nas jednak nie znajduje się pod zgubnym wpływem siły fatalnej. Choć oddziaływanie hejtu i jego ekspresja łatwo może przesłonić wszystko inne i skrzywić punkt widzenia, to jednak nie możemy uznać się za skazanych na jej wpływy. Nie można zgodzić się na to, że z konieczności co jakiś czas obrzucę kogoś obelgami i opluję nieznajdującym uzasadnienia zjadliwym słowem, bo nie mam możliwości walki z bodźcem, który mnie do tego pobudza. Wręcz przeciwnie – należy głęboko wejrzeć w pokłady własnej moralności i szczegółowo przemyśleć, na co nam ona pozwala. Czy kiedykolwiek daje nam przyzwolenie na nieprzemyślane ataki? Krytykowanie bez pewnej wiedzy o faktach, na podstawie mętnych doniesień i cudzych złudnych opinii? Na to pytanie każdy musi udzielić odpowiedzi w swym duchu.

Jeśli odpowiedź ta będzie negatywna (a ufam, że tego typu przeświadczenia są dla naszego kręgu cywilizacyjnego elementarnym dorobkiem), to należy dobrze ją zinternalizować i silnie w nią uwierzyć – tak, abyśmy w sytuacji, gdy znowu zaatakuje nas emfatyczna parainformacja zachęcająca do hejtu, potrafili przygnieść ją i powalić sprzeciwem płynącym z głębi odczucia etycznego. Dobrze jest, jeśli o naszym postępowaniu decydują osobiste i świadome decyzje, a nie konformizm i ślepe podążanie za tłumem. Lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach […] Możesz, więc wpłyń na bieg lawiny! Hamuj jej siłę, okrucieństwo, do tego też potrzebne męstwo… – męstwem tym będzie opór, niezgoda na hejt. To jest możliwe!

Krzysztof Andrulonis

 

Etyka w czasach zarazy 

13 maja 2020

Strona główna

Wróć do artykułów

Outro - wychodzimy poza schemat