Outro - wychodzimy poza schemat

I dziś, nastała ta wiekopomna chwila, w której przyszło mi posłuchać w całości, nareszcie, całego albumu Dildo Bagginsa. No wiecie, tego „typa z torbą na głowie”, o którym ostatnio pisałam recenzje i którego pseudonim… dziwnie się kojarzy. ( Dla przypomnienia: „Po prostu, według Dildo Bagginsa” https://www.magazynoutro.pl/po-prostu-wedlug-dildo-bagginsa?fbclid=IwAR3Nh18O8wEBDLPkwEkCtE0N4JOrAaZ6_c63XZSxtrUi1fIlvQZTPkdYLbo).

Muszę przyznać, byłam ciekawa, co taki ktoś wymyśli, skoro pierwsze trzy piosenki jednocześnie łączyło wszystko, a zarazem nic. Bo generalnie, da się je opisać w czterech, dosłownie, tych samych słowach – klasycznie, czysto, prosto i głęboko. Czy to warstwa semantyczna, czy muzyczna, każdy z czterech utworów, które mieliśmy okazję usłyszeć jeszcze przed ukazaniem się płyty, zawierał te same cechy. Okluzje się, że jednak można napisać coś w tym samym stylu, jednocześnie nie zapieprzając wciąż na jednym, tym samym kopycie. I tak „Bezglutenowy”, debiutancki singiel wydany w końcówce 2020 roku, zawiera współczesne brzmienie, i jak to sobie określiłam, to taki fajny polski kawałek, dobry do słuchania w radiu, „Będziemy się razem bać” – ballada rockowa w stylu lat osiemdziesiątych, (Pierdole) „ Nie wstaję” gdzie znalazły się elementy rapu, a język zmienił się w bardziej ostry i dosadny i na koniec zmysłowo-taneczny „Roślinożerca”. Co więc z resztą? Co z pozostałymi dziesięcioma kawałkami które artysta zamieścił na tym samym albumie?

Już wam piszę.

Gdy dostałam w swoje łapki płytę… W oczy rzuciła mi się okładka (tak wiem, błyskotliwe i odkrywcze, ale patrząc pod kontem całego obrazu Dildo Bagginsa po prostu nie można machnąć na to ręką). Pan Dildo, jak przystało na szanującego się właściciela dresu (z adidasa), stoi dumnie, z emblematem firmy na piersi, skrzyżowanymi na klatce piersiowej rękami, co tak ładnie nazywają psycholodzy – postawa zamknięta. Króliczek, na prawym ramieniu, (może zamiast papugi) dla jednych symbol płodności, dla drugich niewinności, a jeszcze innych czegoś, odciągającego uwagę, co sprawia, że trafiamy do króliczej nory… świata fantazji, odwrotności… lub wnętrza samych siebie. Na lewym ramieniu wystaje czyjaś dłoń, pokazującą pod dziwnym kontem „okejkę” lub radzi nam aby sklecić w prawo… Pytanie tylko, czy dla tego aby wyminąć to osobliwe zgromadzenie, czy raczej przerzucić następną stronę… Bo wiecie, pan Dildo stoi między rozłożonymi nogami kobiety w szpilkach… Możemy się jedynie domyślać, czy ma zamiar ją zbadać (kto powiedział, że nie może być ginekologiem, prawda?) zabawić się jedynie w doktora, czy spełnić swoją słownikową funkcję i jak na dobre dildo przystało, zrobić jej dobrze… Więc, sami rozumiecie, że ta rączka tam z tyłu wcale nie jest taka do końca jasna. Ponad to, tło okładki, jest ubrane w ostre, czerwonoróżowe barwy, kojarzące się z miłością, seksem i pożądaniem (czyli jakby nie patrzeć również idealna stylistyka dla produktów „z miłości do miłości, po miłości i bez miłości”) a w prawym górnym rogu widnieje dedykacja „Dla wszystkich dziewczyn nie dla wszystkich chłopców”. Wszystko oczywiście raczej sprowadza się do jednego skojarzenia. Pytanie czy to jedynie odniesienie do tego co wcześniej mówi nam o sobie autor – „DILDO BAGGINS (…) nie powstał z jakiejkolwiek wyższej potrzeby, tylko w myśl idei, że dobry pseudonim musi odnosić się zarówno do seksu jak i bohaterów kultury masowej” (https://www.youtube.com/c/DildoBagginsMusic/about) – i stara się po prostu zwrócić na siebie naszą uwagę? Czy… Rzeczywiście chce nam zrobić dobrze?

Jak jest z tym drugim?… Cóż, jak zawsze w tym wypadku należy odpowiedzieć dyplomatycznie – co kto lubi, nie? Mnie ogólnie cały koncept Dildo Bagginsa bierze i podoba mi się jego podejście do tej akurat strony swojej twórczości i jestestwa.

Gdy już wszystko rozpakowałam, włożyłam płytkę do odtwarzacza, stwierdziłam, zrobię eksperyment. Posłucham tego podczas pisania. Jestem osobą, która bardzo silnie skupia się podczas procesu twórczego i z piętnastu piosenek na mojej playliście, czasami potrafię wymienić tylko cztery. Więc, jeżeli po przeleceniu płyty pierwszy raz ciurkiem, będę wstanie powiedzieć, że coś było tak dobre, że zwróciłam na to moją uwagę, to znaczy, że z pewnością będzie mi się podobać…

No więc z tym eksperymentem było tak że… wynik był… konfundujący. Znaczy, dobry dla autora. Pierwsze cztery kawałki rzeczywiście różnią się od siebie pod wieloma aspektami. Więc byłam w stanie je rozróżnić. Po przesłuchaniu całości myślę – kurde, mam wrażenie że wszystko jest podobne i się zlewa. Oprócz znajomych mi utworów (przepraszam, przewinęłam „Będziemy się razem bać”, bo za każdym razem jak go słyszę, czepia się mojej głowy i mnie prześladuje) i „Roślinożercy”, który otwiera album, reszta mi się zmieszała. Na jakieś… kilka sekund?

Bo po chwili pojawiła się inna myśl. – No dobra, ale pamiętam moment w którym dziewczyna rozpina bluzkę, i też ten w którym autor wplótł dwa charakterystyczne utwory jeszcze nie mojego pokolenia. Ktoś też jadł bananowy dżem, Pan Hilary zgubił klucze i zwala na diabła, bo nie może się dostać w środku nocy do domu, a wiadome co tak naprawdę robił i co się stało z kluczami… Była oda do wódki, w stylu „Tokyo Ghul” i „Zankyou no terror”, parterowy samobójca (jeden z moich faworytów). No i oczywiście nawiązania do utworów ludowych w piosence A te korale to sobie możesz wsadzić w… wiesz gdzie… (Tytuł to ‘Korale”).

Wait a Minute, Who are you?!

Wecie, czasami jest tak, że po pierwszym przesłuchaniu będziemy twierdzić, że coś może być na jedno kopyto. Ale nie sadzę, aby w przypadku Dildo Baggionsa tak było, z racji tego, że już w tych pierwszych kilku taktach utworu da się stwierdzić ich odmienność. Za drugim razem, kiedy już skupiłam się na innych aspektach niż tylko tym, czy akurat jakimś trafem wpadnie mi coś w ucho, okazało się, że rzeczywiście utwory nadal miały ten sam charakter ale nie były identyczne. Rózią się pod względem stylistyki, motywów, nawiązań a tekst, chociaż prosty i wieloznaczny, ukrywa za każmy razem nową, zupełnie inną historię.

Baggins miał mieć wiele twarzy lub nie mieć ich w ogóle, kamuflować się, ukrywać, być jak czysta, niezapisana kartka papieru, a okazał się każdym z nas. Ten „gostek z internetu:”, który ukrywa się za jakąś maską i pieprzy co mu ślina na język przyniesie, bo może, bo i tak nikt go za tym ukryciem nie pozna, zaczął mówić naszym językiem. Opowiadać nasze historie. Wtapiać się w pokolenie, niemal każde, które stąpa teraz po ziemi. Mówić o współczesności, problemach, które dotyka każdego z nas. I to mi odpowiada. Nie ma słodkich słówek, nadymających się frazesów, wzniosłych uczuć i narzekania. Za to jest ironia i sarkazm. Wydaje mi się, że wręcz teksty nimi ociekają.

Co mogę jeszcze dodać?

Mocną stroną płyty są te drobne eksperymenty. Bawienie się formą przy użyciu tak niewielu środków. Mam na myśli instrumenty, brzmienie, brak specjalnych efektów dźwiękowych, dobór słów w tekstach jak i samą ich strukturę – nie są wcale rozbudowane, np. na wiele zwrotek. Same teledyski, wygląd Bagginsa, jego postać również są złożone na braku ekstrawagancji i przesady. (Chociaż autor w wywiadzie dla Radia Praga wspominał, że to trochę nie z wyboru, a sytuacji, jaka była w czasie powstania Dildo Bagginsa, czytaj dalej – „korona” i te sprawy (https://www.youtube.com/watch?v=7JMONMqvNR8)). Polecałabym ją każdemu, ponieważ wielokolorowość umożliwia odnalezienie się w tych słowach i opowieściach każdemu. Jak już wcześniej pisałam, utwory artysty są chwytliwe i wpadające w ucho i sprawdza się to w każdym z przypadków. Są podobne a jednocześnie tak różne, że każdy powinien zaleźć w nim coś dla siebie. Ze mną na pewno zostaną „Bezglutenowy”, „Toksyczny” i „Nie wstaję”, ale to tylko i wyłącznie mój porąbany gust. W końcu historia już nie raz dowiodła że krytycy sobie… A przeciętni ludzie sobie.

Ania Micał

 

Czy Dildo Baggins zrobi wam dobrze?

01 sierpnia 2021

Strona główna

Wróć do artykułów