Współcześnie coraz rzadziej zdarza się, aby publikacja popularnonaukowa, a wręcz o zacięciu filozoficznym, wzbudzała ogólnoświatową dyskusję. Wydaje się jednak, że z takim właśnie odzewem spotkała się najnowsza pozycja Yuvala Noaha Harariego – Homo deus. Krótka historia jutra. Być bogiem – to może być pieśń przyszłości. Czy jednak nigdy wcześniej nie mieliśmy takich ambicji?

 

Sama publikacja spotkała się z setkami tysięcy, jeśli nie milionami opinii na całym świecie. Niektórzy czytali ją jako interesujące spostrzeżenia i prognostyki na przyszłość, inni zaś starali się dostrzec zarys spójnej wizji tego, czym już wkrótce może stać się człowiek. O poglądach Harariego wypowiedziano już bardzo wiele słów, jednak sama kategoria, którą wprowadza w tytule swojej książki – homo deus, jest interesująca w perspektywie tego, jak wpisuje się w tradycję przyznawania naszemu gatunkowi różnych dodatkowych określeń poza tradycyjnym, gatunkowym homo sapiens. Spróbujmy przebyć krótką drogę po dziejach dążeń człowieka do odnajdywania swej istoty oraz zbliżania się do różnorako pojętej boskości.

Starożytnych marzenia o nadludzkim istnieniu

Panteon greckich bogów jest szeroko znany – trudno chyba o cieszącą się większą popularnością, na przestrzeni lat, mitologię. Helleńskie bóstwa cechuje daleko posunięty antropomorfizm – nie tylko zewnętrznie podobni są do ludzi, lecz również dysponują podobnymi cechami charakteru, a co najważniejsze: tak jak my, nie są pozbawieni wad. Oczywiście nie można popełniać błędu anachronizmu – dzieje tych wierzeń mówią o tym, że człowiek pojawił się na świecie stosunkowo późno i stało się to, przynajmniej pośrednio, z woli bogów.

Od wieków towarzyszy nam mit o Epimeteuszu, spopularyzowany również przez Platona z tej przyczyny, że pojawia się w jednym z jego wczesnych dialogów – Protagorasie. Nieszczególnie rozgarnięty brat Prometeusza dostał pozwolenie od swego brata, aby zaplanować wszystkie stworzenia, które zasiedlą ziemię i rozdysponować między nie adekwatne cechy. Do pewnego momentu szło mu dobrze, na koniec jednak okazało się, że pozostał jeszcze człowiek, tymczasem wszystkie atrybuty umożliwiające życie zostały już rozdysponowane. Na ratunek przybył Zeus, który zbłąkanym ludziom – za pośrednictwem Hermesa – zesłał wstyd i poczucie prawa – wszystko po to, aby umieli żyć społecznie i wspólnie radzić sobie z trudnościami codzienności.

Ile w bogach greckich jest Greków?

Z historii dobrze nam jednak wiadomo, że to Grecy tworzyli swoje wyobrażenie na temat bogów, a nie na odwrót. Nie można mieć tutaj na myśli ich własnej świadomości, ponieważ z pewnością, dla zachowania spójności wiary religijnej, wyobrażali oni sobie wizję początku własnych dziejów tak właśnie, jak wskazywała mitologia. Niemniej, z perspektywy współczesnej, ciekawym spostrzeżeniem jest to, jak wiele cech własnych Grecy przenieśli na swoje bóstwa.

Mieszkańcy Olimpu bywali mściwi, okrutni, okłamywali się nawzajem, zachowywali względem siebie i innych niegodnie. W istocie byli dużo mniej cnotliwi niż zapewne niejeden światły Ateńczyk. Jednocześnie dysponowali nadprzyrodzonymi mocami i nieśmiertelnością, które imponowały starożytnym. Można rzec, że ich oczekiwania – względem istot najwyższych – były inne niż wielu ludzi współczesnych – imponowali wprost manifestowaną i widowiskową siłą, jednocześnie byli groźni i skorzy do gniewu, co stanowiło dodatkową zachętę do składania im ofiar i uważania na słowa.

Grecy uczłowieczyli bogów, co pozornie powinno skrócić dystans między niebem a ziemią. W istocie jednak powstająca relacja cechowała się tym, że zawierała w sobie znaczący paradoks – z jednej strony upersonifikowani bogowie zdawali się bardziej realni, w wielu sytuacjach postępowali jak przeciętni, śmiertelni Grecy, to jednak z drugiej strony zdawali się niedostępni, przez swe niezwykłe moce – mimo wszystko – należeli do innego porządku kosmicznego. Ich możliwości wpływania na losy człowieka były bardzo szerokie, czego dowodem jest chociażby kompozycja Iliady i Odysei Homera, gdzie świat bogów nieustannie wpływa na przebieg zdarzeń w uniwersum ludzkim, w drugą stronę taka zależność praktycznie nie zachodziła. Owszem, niektórzy śmiertelni byli dopuszczani do boskich tajemnic, ówczesne kobiety stawały się nieraz kochankami Zeusa czy innych bogów, jednak za każdym razem człowiek traktowany był raczej jako narzędzie niż podmiot dokonujący świadomych wyborów.

Pragnienie nieśmiertelności

Ta cecha, odróżniająca istoty boskie od zwykłych śmiertelników, okazywała się na przestrzeni wieków jednym z najbardziej pociągających spośród wszystkich atrybutów boskości. Znów, poczynając od starożytnych, dostrzegamy różne próby „zapewnienia” sobie istnienia po wsze czasy – tutaj ich przegląd musimy ograniczyć do minimum.

Warto zwrócić uwagę chociażby na koncepcję metempsychozy, czyli wędrówki dusz po śmierci. Zapoczątkował ją Pitagoras z Samos – znany być może lepiej z twierdzenia o bokach w trójkącie niźli z teorii metafizycznych. Trzeba jednak przyznać, że jego koncepcja miała przemożny wpływ na dalszy rozwój filozofii. Pitagoreizmem fascynował się choćby Platon, który wiele zawdzięczał tym naukom. Widzimy to w koncepcji duszy zarysowanej przez filozofa chociażby w Fajdrosie – wznosi się ona w przestrzenie podniebne, wyrastają jej skrzydła, dzięki czemu może zbliżyć się do najwyższej idei Dobra i tam ją kontemplować. Jeżeli jednak z różnych względów utraci tę bliskość z „istotą istotnie istniejącą”, traci prędko skrzydła i upada na ziemię, gdzie zostaje uwięziona w ciele. Gdy jednak ta fizyczna powłoka dobiegnie swego kresu, nieśmiertelny duch znów powróci w rejony podniebne.

Późniejsze wpływy

O sile tej koncepcji niech świadczy fakt, że nie umiało wyswobodzić się z niej wczesne chrześcijaństwo, choć jak łatwo zauważyć, stoi ona niebezpiecznie blisko reinkarnacji, absolutnie niezgodnej z dogmatem. Gdy zajrzeć do pism Orygenesa, przedstawiciela wczesnej gnozy chrześcijańskiej, okaże się, że dzieje świata widzi on jako historię upadku i wspinaczki dusz do Boga. W stanie pierwotnym dusze, zwane przez Orygenesa istotami rozumnymi, kontemplowały Boga i były z nim w absolutnej jedności; później jednak – na skutek znużenia czy zniechęcenia – odpadły od Najwyższego i utraciły dobro – zależnie od tego, w jak dużej mierze zaszła ta przemiana, stawały się aniołami, ludźmi lub demonami. Dla drugiej spośród wymienionych grup Bóg stworzył świat materialny, aby mogły się w nim odkupić za swój „grzech pierworodny” i następnie powrócić do pierwotnej jedności. Choć nie jest to wizja idealnie zgodna z koncepcją platońską, to jednak trudno nie dostrzec wspólnych elementów.

Istniały też bardziej symboliczne objawy dążenia do nieśmiertelności, uwidacznianie chociażby przez literaturę. Do najbardziej elementarnej topiki naszej kultury przeszły słowa Horacego z jednej z Carmin: Exegi monumentum aere perennius. Poeta pragnął zakląć siebie samego we własnej poezji i w ten sposób zapewnić sobie życie wieczne w pamięci potomnych. Wezwanie to będzie po wielokroć powtarzane aż po XX wiek, gdy zacznie wzbudzać wątpliwości i zniechęcenie. Horacemu cel ten udało się ziścić – po dziś dzień rozpala umysły wielu ludzi. Podobnie zresztą w przypadku wielu innych artystów.

Człowiek bogiem?

Gwałtowne zderzenie różnych wizji teologicznych, które w mniejszej lub większej mierze miały na celu doprowadzenie do bankructwa dotychczasowego pojmowania Boga, przyniósł wiek XIX. Powszechną cechą ówczesnego myślenia było odrzucenie boskości jako pewnej ułudy. Znamienne w tym przypadku są poglądy Comte’a, który uważał, że ludzkość na drodze swego rozwoju przechodzi przez trzy fazy: teologiczną, metafizyczną, a wreszcie pozytywną, czyli obiektywną, pozbawioną wszelkich złudzeń – Comte dla Boga ani dla wszelkich abstrakcji nie przewidywał innego określenia niż właśnie „złudzenia”. Z naszej perspektywy szczególnie ciekawa jest jednak teza Feuerbacha – myśliciela niemieckiego. Dominantą jego poglądów był naturalizm, który nakazywał mu obalać wszelkie formy istnienia nadprzyrodzonego. To z kolei zmusiło go do rozprawienia się z tradycyjną wizją Boga.

Feuerbach doszedł do wniosku, że Bóg to jedynie konstrukt myślowy, który każdy człowiek uzyskuje przez wyabstrahowanie z własnego charakteru najlepszych cech, a następnie ich zwielokrotnienie. Widoczny staje się jego stosunek do boskości – faktycznie to człowiek jest bogiem, bo Bóg posiada tylko takie cechy, jakimi dysponuje człowiek. Co więcej, Bóg – według omawianej koncepcji – nigdy nie będzie doskonalszy, niż mu na to pozwolą możliwości ludzkiego rozumu. Można by zapytać, dlaczego w takim razie nie wyzwolić się z tej wizji? Otóż Feuerbach uważał, że to zwyczajnie niemożliwe – potrzeba religii jest u człowieka wieczna, niejako wkodowana w jego gatunkowe istnienie, przez co zawsze będzie on miał przemożną potrzebę obcowania z boskością – nawet, gdy okazuje się ona tylko szczególnym rodzajem myśli.

Nowe czasy, nowe pytania

Po przeanalizowaniu wielu przykładów widoczne się stało, że już znacznie wcześniej niż w XXI wieku człowiek zapragnął stawać się równym Bogu – a może więcej, sam zechciał być przedstawicielem homo deus. Współcześnie myśleniu takiemu sprzyja otoczenie technologiczne, dynamicznie rozwijający się przemysł high-tech, który oferuje człowiekowi coraz potężniejsze narzędzia kształtowania własnego życia oraz ingerowania w rzeczywistość. Najpierw sięgnęliśmy gwiazd za pomocą teleskopów, później stanęliśmy własną stopą na innym ciele niebieskim, dzisiaj coraz mniej fantastyczne, a bardziej realne wydają się wizje kolonizacji obcych planet. Niegdyś śmierć dyktowała nam warunki – każdy pamięta popularność motywu danse macabre w średniowieczu. Dzisiaj coraz częściej odnosimy wrażenie, że zapanowaliśmy nad śmiercią – możliwości podtrzymywania aktywności organizmu zdają się prawie nieograniczone. Wiele przypadłości, które niegdyś stanowiły pewny wyrok, dziś poddawane są skutecznemu leczeniu. W ten sposób lekarz staje się półbogiem, który panuje nad skomplikowanym mechanizmem ludzkiego ciała.

To tylko kilka czynników, które mają na celu ukazać, że metafora Harariego nie jest pozbawiona podstaw. Wręcz przeciwnie, można zaryzykować tezę, że nazywa zjawisko, które już od dłuższego czasu jest coraz silniej doświadczane przez ludzkość. Idąc jeszcze dalej, można też powiedzieć, że tendencja ludzi do ubóstwienia samych siebie objawiała się jakoś w dziejach kultury od samych jej początków. Takie rozważania wymagają już jednak głębszego filozoficznego, historycznego i antropologicznego namysłu. Tymczasem jednak każdy z nas sam może sobie odpowiedzieć na pytanie: kim jest mój Bóg? Czy przypadkiem nie ma mojej twarzy?

Krzysztof Andrulonis

Człowiek bogiem, bóg człowiekiem? 

19 marca 2020

Strona główna

Wróć do artykułów

Outro - wychodzimy poza schemat